Tradycja to ...........
Tradycja to piękna rzecz. Pozwala odnaleźć swoja tożsamość, poczuć więź wspólnoty, dowartościować się. Tradycja pozwala odnaleźć się we wszechświecie (trochę pojechałem, ale to tak ładnie brzmi, że nie mogłem się powstrzymać
) i umiejscowić w nim jednostkę. W tradycji zawarta jest historia, kultura, osiągnięcia społeczeństw, wierzenia. Tradycja jest potrzebna i należy o nią dbać. Słowa bez czynów są niewiele warte, dlatego postanowiłem zacząć dbać a nawet kultywować tradycję, wszak jej się to należy. Nie interesuje mnie ani taniec narodowy, ani machanie szabelką, nie pociąga mnie również wyplatanie użytecznych przedmiotów z wikliny lub korzeni jałowca. Wiadomo, że szukający wytrwale zawsze coś dla siebie a czasami i dla innych znajdzie. Ja znalazłem. Zainteresowała mnie pewna dziedzina szeroko rozumianej kultury, która wywodzi się z najniezbędniejszych potrzeb ludzkich, często z biedy, czasami z nadmiaru wolnego czasu, która dostarcza pokarmu zarówno dla ducha jak i dla ciała. Jaka to dziedzina? zapewne już się domyśliliście, że zainteresowała mnie tradycja kulinarna. Niestety żyjemy w czasach ścisłej specjalizacji. Dotyczy to również sztuki kulinarnej. Są specjaliści od zup, kremów, ciast, pieczeni, wędlin, sałatek, zup, itd., itp. Musiałem się zdecydować na dookreślenie czym chce się zajmować. W podjęciu decyzji pomógł mi przypadek. Pojechałem nie tak dawno rowerem (to upoważnia mnie do umieszczenia tego tekstu na forum rowerowym) do pewnego znajomego na wieś. Zainteresował mnie tam pewien dość duży krzaczorek ozdobiony czarnymi drobnymi owocami.
Zenek co to za badyl? – zapytałem się uprzejmie. Zenek podszedł do roślinki, zerwał kilka owoców, powąchał, zmarszczył nos, włożył do ust i z determinacją rozgryzł je. Przeżuł, posmakował, skrzywił się paskudnie, wypluł pestki i rzekł
-Aronia.
- Fajnie, zrobisz nalewkę, - wyrwało mi się niechcący.
- nie, wycedził przez zaciśnięte zęby Zenek.
-No co ty. Taka aronia to nie tylko owoce , to, to samo zdrowe, witaminki, garbniki i inne takie różne. A nalewka jaka smaczna i zdrowa oczywiście. Jak ostatnio piłem to wszyscy to podkreślali. Co poleli to na zdrowie ktoś wołał i do tej pory wszyscy są zdrowi, czyli skuteczność jej jest ogromna. A ty taki skarb na zmarnowanie? To nie po chrześcijańsku, takie postępowanie to barbarzyństwo i powinno być ustawowo karane. – delikatnie zwróciłem uwagę Zenkowi.
- to se zrób – bąknął Zenek
- a to se zrobię! – odpowiedziałem z wrodzoną godnością kończąc jednocześnie ten jakże owocowy dialog.
Minął tydzień. Krzaczor śnił mi się po nocach, co prawda nie w pierwotnej postaci lecz w formie pękatych omszałych buteleczek
wypełnionych boskim nektarem o ciemnej barwie i wyrazistym smaku. Buteleczki wypełnione samym zdrowiem, że o cudnym smaku nie wspomnę. No nie pomyślałem, jako prawdziwy Polak nie mogę pozwolić na takie marnotrawstwo. Wsiadłem na rower (teraz to już nikt nie będzie miał zastrzeżeń, że to tekst o cyklistach) i pojechałem po te moje wyśnione „złote runo”. Była rosa, ja z determinacją i z chlupoczącą w butach wodą zrywam moją aronię. Woda z liści powoli wpływa mi do rękawów. Jest chłodno, nieprzyjemnie i na dokładkę mokro ale nie wymiękłem. Po 40 min. miałem całe wiaderko dobroci w postaci ślicznych jagódek. A potem w domu pozyskiwanie soku, zalewanie spirytusem, badania organoleptyczne itp. Po 3 tyg zapach , smak i kolor były OK. Uzbroiłem się w cierpliwość i zaplanowałem min. 6-cio miesięczny okres dojrzewania. Do tej pory nie wiem czy ma dojrzewać nalewka czy moja silna wola. I to by było na tyle, prawie. Dlaczego prawie? Bo potem był poniedziałek. W poniedziałek spotkałem Zenka, który zagaił rozmowę.
- Wiesz to co zerwałeś jako aronie to nie aronia.
Wgniotło mnie w fotel. Wielkość i kolor takie jak wilcza jagoda, zapach pewnie też, choć tak naprawdę nie wiem jak pachnie wilcza jagoda. Oczywiście jak zjadłem kilka jagódek to przypominam sobie, że miałem biegunkę i bolał mnie brzuch i co najważniejsze ponad 2 litry spirytu poszło na zmarnowanie. Zenek za chwilę zakończy swój nad wyraz marny żywot. Takie oto myśli kłębiły się w mej głowie.
- To jest dereń.
- Dereniówka też jest dobra – powiedziałem, i tylko uszy ograniczały mój uśmiech.
- ale to nie jest dereń jadalny. W tym momencie znów Zenek był trupem.
Zenek gó…. wie pomyślałem. Ponad 2 litry spirytu na zmarnowanie nie pójdzie jakiem Kurp. Wiadomo, że nic mi się nie może stać złego. Wszystkim dookoła (wyłączeniu podlega moja rodzina i znajomi) zdarzają się złe rzeczy mnie nie. Po prostu nie ma takiej opcji. Właściwie to wszystko jest OK., tylko czasami nachodzą mnie dziwne myśli, że kultywowanie tradycji nie zawsze jest dobre, a na pewno rozsądne.
Aha jakbym za jakieś 5-6 miesięcy zniknął z forum to niech nikogo nie dziwi.
) i umiejscowić w nim jednostkę. W tradycji zawarta jest historia, kultura, osiągnięcia społeczeństw, wierzenia. Tradycja jest potrzebna i należy o nią dbać. Słowa bez czynów są niewiele warte, dlatego postanowiłem zacząć dbać a nawet kultywować tradycję, wszak jej się to należy. Nie interesuje mnie ani taniec narodowy, ani machanie szabelką, nie pociąga mnie również wyplatanie użytecznych przedmiotów z wikliny lub korzeni jałowca. Wiadomo, że szukający wytrwale zawsze coś dla siebie a czasami i dla innych znajdzie. Ja znalazłem. Zainteresowała mnie pewna dziedzina szeroko rozumianej kultury, która wywodzi się z najniezbędniejszych potrzeb ludzkich, często z biedy, czasami z nadmiaru wolnego czasu, która dostarcza pokarmu zarówno dla ducha jak i dla ciała. Jaka to dziedzina? zapewne już się domyśliliście, że zainteresowała mnie tradycja kulinarna. Niestety żyjemy w czasach ścisłej specjalizacji. Dotyczy to również sztuki kulinarnej. Są specjaliści od zup, kremów, ciast, pieczeni, wędlin, sałatek, zup, itd., itp. Musiałem się zdecydować na dookreślenie czym chce się zajmować. W podjęciu decyzji pomógł mi przypadek. Pojechałem nie tak dawno rowerem (to upoważnia mnie do umieszczenia tego tekstu na forum rowerowym) do pewnego znajomego na wieś. Zainteresował mnie tam pewien dość duży krzaczorek ozdobiony czarnymi drobnymi owocami.
Zenek co to za badyl? – zapytałem się uprzejmie. Zenek podszedł do roślinki, zerwał kilka owoców, powąchał, zmarszczył nos, włożył do ust i z determinacją rozgryzł je. Przeżuł, posmakował, skrzywił się paskudnie, wypluł pestki i rzekł
-Aronia.
- Fajnie, zrobisz nalewkę, - wyrwało mi się niechcący.
- nie, wycedził przez zaciśnięte zęby Zenek.
-No co ty. Taka aronia to nie tylko owoce , to, to samo zdrowe, witaminki, garbniki i inne takie różne. A nalewka jaka smaczna i zdrowa oczywiście. Jak ostatnio piłem to wszyscy to podkreślali. Co poleli to na zdrowie ktoś wołał i do tej pory wszyscy są zdrowi, czyli skuteczność jej jest ogromna. A ty taki skarb na zmarnowanie? To nie po chrześcijańsku, takie postępowanie to barbarzyństwo i powinno być ustawowo karane. – delikatnie zwróciłem uwagę Zenkowi.
- to se zrób – bąknął Zenek
- a to se zrobię! – odpowiedziałem z wrodzoną godnością kończąc jednocześnie ten jakże owocowy dialog.
Minął tydzień. Krzaczor śnił mi się po nocach, co prawda nie w pierwotnej postaci lecz w formie pękatych omszałych buteleczek
wypełnionych boskim nektarem o ciemnej barwie i wyrazistym smaku. Buteleczki wypełnione samym zdrowiem, że o cudnym smaku nie wspomnę. No nie pomyślałem, jako prawdziwy Polak nie mogę pozwolić na takie marnotrawstwo. Wsiadłem na rower (teraz to już nikt nie będzie miał zastrzeżeń, że to tekst o cyklistach) i pojechałem po te moje wyśnione „złote runo”. Była rosa, ja z determinacją i z chlupoczącą w butach wodą zrywam moją aronię. Woda z liści powoli wpływa mi do rękawów. Jest chłodno, nieprzyjemnie i na dokładkę mokro ale nie wymiękłem. Po 40 min. miałem całe wiaderko dobroci w postaci ślicznych jagódek. A potem w domu pozyskiwanie soku, zalewanie spirytusem, badania organoleptyczne itp. Po 3 tyg zapach , smak i kolor były OK. Uzbroiłem się w cierpliwość i zaplanowałem min. 6-cio miesięczny okres dojrzewania. Do tej pory nie wiem czy ma dojrzewać nalewka czy moja silna wola. I to by było na tyle, prawie. Dlaczego prawie? Bo potem był poniedziałek. W poniedziałek spotkałem Zenka, który zagaił rozmowę.
- Wiesz to co zerwałeś jako aronie to nie aronia.
Wgniotło mnie w fotel. Wielkość i kolor takie jak wilcza jagoda, zapach pewnie też, choć tak naprawdę nie wiem jak pachnie wilcza jagoda. Oczywiście jak zjadłem kilka jagódek to przypominam sobie, że miałem biegunkę i bolał mnie brzuch i co najważniejsze ponad 2 litry spirytu poszło na zmarnowanie. Zenek za chwilę zakończy swój nad wyraz marny żywot. Takie oto myśli kłębiły się w mej głowie.
- To jest dereń.
- Dereniówka też jest dobra – powiedziałem, i tylko uszy ograniczały mój uśmiech.
- ale to nie jest dereń jadalny. W tym momencie znów Zenek był trupem.
Zenek gó…. wie pomyślałem. Ponad 2 litry spirytu na zmarnowanie nie pójdzie jakiem Kurp. Wiadomo, że nic mi się nie może stać złego. Wszystkim dookoła (wyłączeniu podlega moja rodzina i znajomi) zdarzają się złe rzeczy mnie nie. Po prostu nie ma takiej opcji. Właściwie to wszystko jest OK., tylko czasami nachodzą mnie dziwne myśli, że kultywowanie tradycji nie zawsze jest dobre, a na pewno rozsądne.
Aha jakbym za jakieś 5-6 miesięcy zniknął z forum to niech nikogo nie dziwi.

