Wakacje to nie jest dobry czas dla pracujących
No to mamy wakacje. Mamy? Co ja bredzę, wakacje to mają nauczyciele (Żona), studenci (starsza córka) i uczniowie (młodsza córka), a ja DO ROBOTY!
Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Wakacjusze (a co Wałęsa może bawić się w słowotwórstwo a ja nie?) porozjeżdżali się a ja zostałem. Od rana prześladowały mnie słowa piosenki „niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje fiu fiu fiu…”(autocenzura)
sobota
2:40 – wysyłam ostatniego domownika (Żonę ukochaną) na wycieczkę;
5:30 – pies wyprowadza mnie na spacer;
8:30 – koszę trawę u Mamusi;
10:00 – zgodnie z tekstem piosenki z Kabaretu Starszych Panów – NA RYBY!
17:15 – Powrót (na tarczy) z ryb (ale było fajnie);
17:27 – jadę do Lidla i stacji paliw (może jutro na ryby?);
18:00 – otwieram lodówkę w domu i $#@%!!!!#
. Przecieram oczy, raz i drugi a tam na talerzu szczerzy do mnie kły normalny SUROWY schab!!!!! O kurde, Żona wróci za tydzień, ukochane Dzieciaki za miesiąc i na pewno do tego czasu ten szczerzący kły schab oblecze się zielonkawym kożuszkiem pleśni. Tragedii niby nie ma, przecież to niby czysta penicylina, ale smrodu można narobić. E tam, dam psu i po sprawie. Ludzie kochani co ja ględzę, psu schab? No nie tego w tym domu wariatów jeszcze nie grali, przecież pies od tego może się rozchorować. Jest schab jest kłopot. Jaki kłopot? Zrobi się kotlety schabowe i po sprawie. Jestem GENIUSZEM. Zaraz, jak się robi kotlety schabowe? EUREKA! To proste bierze się schab, daje Żonie i mamy kotlety schabowe. Schab jest, dam go Żonie, holender przecież wyjechała. Bez paniki, widziałem kiedyś na własne oczy jak robi się schabowe. Prościzna, co ja tego nie potrafię ? CHA, CHA nie takie rzeczy, jak byłem młody to bla bla bla itd. Nóż naostrzony, tnę schab na 12mm plastry, wyszło prawie 4. Teraz tylko na deseczce do krojenia rozbić je młotkiem (a może tłuczkiem?. Bez różnicy aby rozbić). O jejku jakie śliczne duże cienkie i uśmiechają się smakowicie do mnie. Jaki jestem zdolny. Teraz tylko panierka i patelnia. Otwieram lodówkę, a tam jajek brak. No to kicha. Jest za to Coca-Cola (zimna). No i bardzo dobrze. Nalewam Coli dodaję odrobinę cytryny, uzupełniam Whisky i powoli popijając myślę co dalej. Dobra ta Cola. Namoczę przynajmniej kotlety w mleku. W jakim mleku? Przecież rano wylałem mleko do zlewu, bo przecież nikt tego dziadostwa nie będzie pił, skoro zostałem sam, a psu przecież nie dam. Może namoczyć w Whisky albo w Burbonie? Chyba mnie pogięło? Durny schab będę poił takimi specjałami. Aż tak dobrze to mu nie będzie. Wygrzebałem z szafki pół butelki specjału o nazwie „Grzane Starotoruńskie”, co to od Bożego Narodzenia czekało na swego amatora. Wysepki pleśni na nim nie pływają, zapach korzenny, próbę organoleptyczną gul, gul przeszło, problem, w czym namoczyć schab przestał istnieć. Nie wiem czy mówiłem Wam, że jestem geniuszem. Uzupełniam szklankę czystą whisky bo prawie pusta, a słyszałem, że od Coli to żaby w brzuchu mogą się zalęgnąć i rozglądam się za tartą bułką. Tartej brak (nic w tej kuchni nie ma, co to za porządki?), ale jest pół takiej starawej. Jakoś rozdrabniam ją na tarce. Niestety jest niezbyt sucha i raczej w ciągu jednego drinka nie wyschnie. Jeden łyk i jest rozwiązanie. Wyprażę ją na patelni. Będzie bardziej aromatyczna i barwę będzie miało złotą. Nie pamiętam, ale czy mówiłem Wam, że jestem geniuuuszem? Solę, panieruję, smażę te kotlety, popijając bo gorąc okrutny bije z patelni. I to by było na tyle. Ciekawe czym te kotlety trzeba będzie jutro popijać żeby mi nie zaszkodziły?
Wakacje to ciężki, niebezpieczny i być może niezdrowy okres dla pracujących.
Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Wakacjusze (a co Wałęsa może bawić się w słowotwórstwo a ja nie?) porozjeżdżali się a ja zostałem. Od rana prześladowały mnie słowa piosenki „niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje fiu fiu fiu…”(autocenzura)
sobota
2:40 – wysyłam ostatniego domownika (Żonę ukochaną) na wycieczkę;
5:30 – pies wyprowadza mnie na spacer;
8:30 – koszę trawę u Mamusi;
10:00 – zgodnie z tekstem piosenki z Kabaretu Starszych Panów – NA RYBY!
17:15 – Powrót (na tarczy) z ryb (ale było fajnie);
17:27 – jadę do Lidla i stacji paliw (może jutro na ryby?);
18:00 – otwieram lodówkę w domu i $#@%!!!!#
. Przecieram oczy, raz i drugi a tam na talerzu szczerzy do mnie kły normalny SUROWY schab!!!!! O kurde, Żona wróci za tydzień, ukochane Dzieciaki za miesiąc i na pewno do tego czasu ten szczerzący kły schab oblecze się zielonkawym kożuszkiem pleśni. Tragedii niby nie ma, przecież to niby czysta penicylina, ale smrodu można narobić. E tam, dam psu i po sprawie. Ludzie kochani co ja ględzę, psu schab? No nie tego w tym domu wariatów jeszcze nie grali, przecież pies od tego może się rozchorować. Jest schab jest kłopot. Jaki kłopot? Zrobi się kotlety schabowe i po sprawie. Jestem GENIUSZEM. Zaraz, jak się robi kotlety schabowe? EUREKA! To proste bierze się schab, daje Żonie i mamy kotlety schabowe. Schab jest, dam go Żonie, holender przecież wyjechała. Bez paniki, widziałem kiedyś na własne oczy jak robi się schabowe. Prościzna, co ja tego nie potrafię ? CHA, CHA nie takie rzeczy, jak byłem młody to bla bla bla itd. Nóż naostrzony, tnę schab na 12mm plastry, wyszło prawie 4. Teraz tylko na deseczce do krojenia rozbić je młotkiem (a może tłuczkiem?. Bez różnicy aby rozbić). O jejku jakie śliczne duże cienkie i uśmiechają się smakowicie do mnie. Jaki jestem zdolny. Teraz tylko panierka i patelnia. Otwieram lodówkę, a tam jajek brak. No to kicha. Jest za to Coca-Cola (zimna). No i bardzo dobrze. Nalewam Coli dodaję odrobinę cytryny, uzupełniam Whisky i powoli popijając myślę co dalej. Dobra ta Cola. Namoczę przynajmniej kotlety w mleku. W jakim mleku? Przecież rano wylałem mleko do zlewu, bo przecież nikt tego dziadostwa nie będzie pił, skoro zostałem sam, a psu przecież nie dam. Może namoczyć w Whisky albo w Burbonie? Chyba mnie pogięło? Durny schab będę poił takimi specjałami. Aż tak dobrze to mu nie będzie. Wygrzebałem z szafki pół butelki specjału o nazwie „Grzane Starotoruńskie”, co to od Bożego Narodzenia czekało na swego amatora. Wysepki pleśni na nim nie pływają, zapach korzenny, próbę organoleptyczną gul, gul przeszło, problem, w czym namoczyć schab przestał istnieć. Nie wiem czy mówiłem Wam, że jestem geniuszem. Uzupełniam szklankę czystą whisky bo prawie pusta, a słyszałem, że od Coli to żaby w brzuchu mogą się zalęgnąć i rozglądam się za tartą bułką. Tartej brak (nic w tej kuchni nie ma, co to za porządki?), ale jest pół takiej starawej. Jakoś rozdrabniam ją na tarce. Niestety jest niezbyt sucha i raczej w ciągu jednego drinka nie wyschnie. Jeden łyk i jest rozwiązanie. Wyprażę ją na patelni. Będzie bardziej aromatyczna i barwę będzie miało złotą. Nie pamiętam, ale czy mówiłem Wam, że jestem geniuuuszem? Solę, panieruję, smażę te kotlety, popijając bo gorąc okrutny bije z patelni. I to by było na tyle. Ciekawe czym te kotlety trzeba będzie jutro popijać żeby mi nie zaszkodziły?
Wakacje to ciężki, niebezpieczny i być może niezdrowy okres dla pracujących.


